Piękno codziennego życia

Pamiętasz film „Godziny”? Trzy świetne role: Nicole Kidman jako Virginia Woolf, Julianne Moore w roli Laury Brown i, oczywiście, Meryl Streep jako Clarissa Vaughan. Trzy niezwykłe (choć z pozoru bardzo zwykłe) historie o życiu kobiet splecione wokół samotności, depresji i myśli o samobójstwie. Akcja toczy się – jakżeby inaczej – w trzech różnych epokach. Pierwsza bohaterka – znana pisarka Virginia Woolf, zmagająca się z chorobą psychiczną i niezrozumieniem otoczenia – pozornie oddalona i obca, a przy tym niesamowicie celnie podważająca rzekome prawdy na temat tak zwanego „normalnego życia”.
Druga – typowa pani domu w Stanach lat – na moje oko – pięćdziesiątych o nietypowym – odmiennym o wszystkich poczuciu rzeczywistości, które prowadzi ją do podjęcia decyzji, która skaże ją na społeczne niezrozumienie.
I trzecia, mieszkająca we współczesnym (film z 2002 roku) Nowym Jorku wydawczyni książek – ekstremalnie wrażliwa, pogrążona mocno w świecie wspomnień i usiłująca za wszelką cenę sprostać wymaganiom, które sama sobie narzuca. Wszystkie trzy żyją życiem wielu milionów typowych osób swego czasu, jednak każda z nich na swój sposób wyłamuje się ze stereotypu.
Historia każdej z nich jest w pewien sposób związana z utworem „Pani Dalloway”.
I tutaj dość, nie wchodzę w szczegóły, bo nigdy nie dojdę do „Arts & Crafts”.
Ale jedno jeszcze napiszę, bo się nie oprę po prostu. Jeśli szukasz książki na ciepłe letnie popołudnie, kiedy nie masz na głowie zakupów, sprzątania, planowania tygodnia, albo gości „Pani Dalloway” to książka, która chwyci Cię za nogę i rzuci z urwiska w ocean emocji, introspekcji i wszystkiego co najlepsze w prozie eksperymentalnej początków XX wieku. A wszystko zaczyna się od niepozornego zdania: „Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty.”

W filmie jedna z opowieści poświęcona jest autorce „Pani Dalloway” – Virginii Woolf i pokazuje proces powstawania utworu (dla koneserów – jest kilka ładnych kaligraficznych narzędzi oraz miły dźwięk stalówki sunącej po papierze). Pojawiają się też echa biografii małżeństwa Woolfów. Virginia i jej mąż Leonard wychowywali się w końcówce epoki wiktoriańskiej, kiedy to powstawał ruch „Arts & Crafts”.

Jakie były jego główne założenia?
W drugiej połowie XIX w. znalazła się w Anglii grupa ludzi, którą zaniepokoił spadek jakości przedmiotów produkowanych maszynowo (pamiętajmy o rewolucji przemysłowej tamtych czasów) ich brzydota i banalny design. Znalazł się oczywiście wśród nich przywódca – William Morris, który zdecydował się wydać wojnę tej beznadziei. W 1861 roku otworzył firmę, działająca trochę jak stowarzyszenie artystów, rzemieślników i dekoratorów, których główną misją było przywrócenie rzemiosłu jakości, której nie powstydziliby się średniowieczni mistrzowie. Oczywiście z miejsca zarzucono im, że próbują zawrócić koło historii oraz inną donkiszoterię.
Naturalnie, koło historii zawrócić się nie dało, jednak idee Morrisa i jego środowiska przeniknęły poza granice Królestwa dając początek prądom, które możemy dziś określić jako Art Nouveau. (Wszyscy znamy przykłady francuskich, czy austriackich twórców, u nas to np. Stanisław Wyspiański, w Szwecji uwielbiany Carl Larsson).

Sam Morris był niezłym gagatkiem, od najmłodszych lat niezwykle uczciwy wobec siebie i swoich przekonań. W wieku 13 lat miał podobno stwierdzić, że szkoła do której uczęszczał – Marlborough College (jedna z najbardziej prestiżowych) nauczyła go tyle co nic. W późniejszym życiu uczył się już tylko tego, co naprawdę uznawał za wartościowe. A trzeba wiedzieć, że był tytanem pracy i niezwykłym znawcą rzemiosła. Po oświadczeniu rodzinie, że jednak nie będzie – jak chcieli – księdzem jego życiowa droga skręciła mocno w stronę sztuki, w tym użytkowej. Zajmował się architekturą, malarstwem, poezją oraz kaligrafią (pamiętasz jego wpływ na Edwarda Johnstona wspomniany w jednej z recenzji?). Swoją największą pasję odkrył jednak przez przypadek. Razem z przyjacielem z uwniwerku Edwarem Burne-Jonesem – artystą, przeprowadził się do Londynu. W ich nowym lokum nie było niestety mebli, więc Morris postanowił zaprojektować i wykonać je sam – projektowanie wnętrz pozostało jego najbardziej ukochanym zajęciem do końca życia.
Sławę przyniosło jego firmie projektowanie wystroju kościołów – szczególnie witraży. W swoich pracach starał się dorównać najwspanialszym osiągnięciom z dorobku średniowiecznych mistrzów. Stawiał zawsze na wysoki poziom artystyczny pracy, tradycyjne techniki oraz wysokiej jakości materiały.
Kolejnym rozpoznawalnym punktem jego twórczości są tkaniny – pochłaniały go badania technik ich wykonywania i farbowania. Zgłębiał rozwiązania stosowane w różnych zakątkach świata, między innymi na Bliskim Wschodzie i w Indiach. Tam nauczył się, że piękne, głębokie kolory osiągane są dzięki zastosowaniu barwników naturalnego pochodzenia. Odtąd starał się odrodzić sztukę naturalnego ręcznego farbowania tkanin w Wielkiej Brytanii.

Razem Edwardem Burne-Jonesem stworzył społeczność, której celem było rozwijanie dawnych technik oraz zapewnienie rzemieślnikom wsparcia i możliwości nauki. Stowarzyszenie miało promować wysokiej jakości rzemiosło tak, aby wykształcić potencjalnych klientów, którzy będą umieli docenić kunszt przedmiotów z najwyższej półki. Towarzystwo organizowało w tym celu pokazy wystawy oraz prelekcje. Morris uważał, że wszyscy artyści powinni inspirować się przeszłością i twórczo ją wykorzystywać. On sam miał niesłychanie szeroką wiedzę a temat tekstyliów, która sprawiła, że stał się doradcą Muzeum Victorii i Alberta. Dzięki niemu zakupiło ono perski dywan, uznawany obecnie za jeden z najważniejszych zabytków tekstylnych na świecie.
Trzeba też przyznać, że Morris wymyślił to, na co później wpadła IKEA, mianowicie stworzył showroom, w którym klienci mogli zobaczyć jak prezentowane towary będą wyglądać w ich domach – na wystawie mebli i tekstyliów pojawiły się sterty książek, porcelanowe zastawy i inne przedmioty codziennego użytku.
Osoba tak krytyczna jak Morris nie mogła nie kwestionować otaczającej go rzeczywistości. Mimo iż tworzone przez niego przedmioty dostępne były wyłącznie dla zamożnej części społeczeństwa pozostał idealistą, a w jego biografii nie mogło zabraknąć romansu z socjalizmem, co naprawdę zszokowało część jego znajomych. Oprócz tego zajmował się jeszcze między innymi studiowaniem sag skandynawskich (czytanych w oryginale!), podróżami na Islandię i do Norwegii, tworzeniem Towarzystwa Ochrony Antycznych Zabytków oraz udziałem w manifestacjach (czasem ręka w rękę z Georgem Bernardem Shawem).
Dla Morrisa sztuka obejmowała absolutnie wszystko, co było dziełem człowieka.

Idee Morrisa bez wątpienia wywarły wpływ na grupę Bloomsbury, grupę sióstr, braci, mężów, żon i kochanków (w różnych konfiguracjach na przestrzeni lat), którą założyli Virginia z rodzeństwem, przeprowadzając się właśnie do Bloomsbury w Londynie (w dzielnicy Camden). Do grupy należeli również miedzy innymi John Maynard Keynes (tak, tak, ten ekonomista), Lytton Strachey, Roger Fry, Duncan Grant, E.M. Forster i Leonard Woolf, przyszły mąż Virginii. Grupa zajmowała się rozważaniami na temat literatury, filozofii, sztuki, społeczeństwa, pacyfizmu oraz feminizmu. Jej członkowie występowali przeciwko normom społecznym, czego echa znajdziemy w tworzonej przez nich sztuce. Oraz w ich osobistych wspomnieniach.

Woolfowie zasłynęli też tym, że stworzyli Hogarth Press – niszowe wydawnictwo, które publikowało utwory grupy, jak również innych eksperymentalnych artystów, którzy nie mogli liczyć na współpracę z wielkimi domami wydawniczymi nastawionymi przede wszystkim na zysk. Woolfowie wydali jako pierwsi w postaci książkowej „Ziemię jałową” T. S. Eliota. Z małego, rodzinnego biznesu prowadzonego „po godzinach” stali się prężnie działającym małym wydawnictwem. W filmie pojawia się scena bardzo artandcraftsowa scena, kiedy Virginia odwiedza męża przy pracy, a ten irytuje się, że w przesłanym tekście znalazł już 5 błędów. Na jednej stronie. Co ciekawe, okazuj się, że Virginia bardzo chętnie zajmowała się praca w wydawnictwie i podobno była całkiem sprawnym zecerem.

Widać tutaj wyraźnie to samo podejście, na które zwracał uwagę Edward Johnston w swojej przedmowie do „Writing & Illuminating & Lettering” – artysta powinien jednocześnie być rzemieślnikiem, tak, aby własnoręcznie nadawać formę swoim dziełom.

Jak się okazuje po stu latach w dalszym ciągu idee Morrisa, Johnstona i Woolfów nie tracą swojej aktualności, mimo iż już wtedy zarzucana im był anachroniczność. Jakimś cudem w każdej epoce znajdują się ludzie, dla których piękno życia codziennego jest na tyle ważne, że porywają się na szalony pomysł wyzwolenia się z narzucanych modeli zachowania oraz mechanizmów rynku napędzających konsumpcję. Byle czego.

Jestem bardzo ciekawa, czy trwający od kilku lat boom na rękodzieło i rzemiosło (w tym kaligrafię), te wszystkie kursy, warsztaty i ogólna dostępność możliwości nauki sprawi, że nasze czasy będą kiedyś określane jako jakieś tam odrodzenie rzemiosła. A może z punktu widzenia historii to, co my uznajemy za boom jest zupełnie nieznaczącą zmianą i przeminie jak wiele innych mód?

Jestem bardzo ciekawa, co o tym myślisz.
Czekam na Twój komentarz.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o Edwardzie Johnstonie i wpływie ruchu “Arts And Crafts” na jego artystyczną działalność przeczytaj artykuł:

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments